House of Gucci

House of Gucci

Ten rok idealnie obrazuje co się dzieje, gdy Ridley ma w rękach dobry i zły scenariusz. House of Gucci to niestety ten drugi przypadek.

Montażowy i tonalny pierdolnik bez ładu i składu; film o wszystkim, a w efekcie o niczym i dopiero ostatnie 15, może 20 minut zrobiło się interesujące, pokazało czym i o czym ten film mógłby być, ale to dużo za późno, by uratować całość.

Leto pociesznie błaznuje, Driver nie wie gdzie i po co jest i najczęściej po prostu głupio się uśmiecha, Gaga broni się nawet z tym okropnym akcentem, ale scenariusz nie robi przemianie jej bohaterki żadnej przysługi i chyba tylko Pacino ma tu emocjonalnie wiarygodną postać.

Uwielbiam gdy kino zabiera mnie za - czasem dosłowne - kulisy innego świata. Sportu, muzyki, kina, przestępczości, hazardu itp. House of Gucci nigdzie mnie nie zabrał, mimo, że dotyka wielkiego bogactwa, interesów czy mody. (o tym film przypomina sobie dopiero na końcu wraz z pokazem Toma Forda)

Wszystko tutaj to tekturowa fasada, za którą nic się nie kryje i w większości nieprawdopodobnie nudne rozmowy w większości nudnych ludzi o teoretycznie ciekawych sprawach.

Scena ślubu z Faith George'a Michaela w tle to doskonały przykład tego, jak bardzo Ridley błądził po omacku robiąc ten film.